Afryka to miejsce, gdzie śpiew i taniec zamieniają się w modlitwę

  1. 11.12.2016

Do Afryki po raz pierwszy pojechał w 1988 r. Przybył jako seminarzysta do ówczesnego Zairu, dzisiaj Kongo, na misyjną praktykę. Po trzech latach wrócił do Polski, by skończyć teologię. Dwa lata po święceniach, w 1997r.,wyjechał do Botswany. Po sześciu latach wylądował na rok w Liberii, gdzie pracował jako kapelan wśród wewnętrznych przesiedleńców. W czerwcu 2016 r. wrócił do Polski z Zambii, gdzie także spędził sześć lat. Rozmawiamy z ojcem Jackiem Gniadkiem, werbistą.

Pierwszym krajem w Afryce, w którym po raz pierwszy postawiłem moją stopę, była Angola, ale nigdy tam nie pracowałem. Był to krótki przystanek w drodze do Zairu. Miała tu być tylko przesiadka na samolot do Kinszasy, ale nie przyleciał i spędziliśmy w Luandzie trzy dni. Dobrze, że w Angoli są werbiści. Był to czas wojny domowej w tym kraju. Pierwszą kolację w parafii u werbisty ze Słowacji zjedliśmy nieoczekiwanie pod stołem. Obok na ulicy toczyły się walki ulicznei baliśmy się, że jakaś kula może wlecieć rykoszetem do domu. Rano wybrałem się na pierwszą afrykańską mszę świętą do lokalnej wspólnoty…

…i wtedy po raz pierwszy zauroczył się ojciec Afryką.
Zapomniałem od razu, że jestem w kraju ogarniętym wojną. Nie znałem portugalskiego, ale afrykański żywy styl modlitwy przypadł mi od razu do gustu. Nikt na mszy świętej nie był statystą. Miałem wrażenie, że wszyscy obecni byli w ruchu, a ich śpiew i taniec tworzyły harmonijną całość, która zamieniła się w modlitwę. Po chwili zapomniałem o wieczornych odgłosach karabinów. W jednej chwili polubiłem Afrykę za jej sposób modlitwy. Poczułem misterium.

Źródło: O. Jacek Gniadek (www.jacekgniadek.com)

Jesteśmy w okresie adwentu, przygotowania do Bożego Narodzenia. Jak wygląda to święto z afrykańskiej perspektywy polskiego misjonarza?
Boże Narodzenie przypada na okres długich wakacji i pory deszczowej. W Botswanie frekwencja na mszy świętej w Boże Narodzenie była zawsze dużo mniejsza niż w ciągu roku. Ludzie wyjeżdżali na wakacje lub na swoje farmy. Pamiętam, jak jeden parafianin, z którym jeździłem co tydzień do chorych i który często nawet w tygodniu bywał na mszy świętej, przed pierwszymi moim świętami w parafii w Serowe (to była moja pierwsza parafia w Botswanie) przyszedł do mnie w połowie grudnia i powiedział: „ojcze, życzę błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia”. „A dokąd pan wyjeżdża?” – zapytałem zaskoczony. „Na farmę” – odpowiedział spokojnie jak gdyby nigdy nic i odszedł.
Muszę przyznać, że przez kilka dni dochodziłem do siebie po tej rozmowie. Ten człowiek był dla mnie wzorem katolika. Długo nie mogłem się oswoić z faktem, że święta spędzi samotnie na farmie.

I jak to sobie ojciec wytłumaczył?
W północnej części Botswany, gdzie pracowałem, był tylko jeden procent katolików. Pierwsza katolicka misja w Botswanie została założona w latach 20. ubiegłego wieku na południu kraju, koło Gaborone. Wiara katolicka nie jest w tym kraju jeszcze wystarczająco zakorzeniona. W Serowe spotkałem jeszcze pierwsze pokolenie katolików.
Problem leży jednak nie tylko w dość świeżej wierze. Opowiem tu o swoim doświadczeniu z Zambii. Dwa lata po przyjeździe do Lusaki, kiedy siedziałem w biurze parafialnym w Lindzie i poprawiałem z katechistą moje kazanie na pasterkę, dokonałem ciekawego odkrycia. W tłumaczeniu Prologu do Ewangelii według św. Jana wers „Słowo stało się ciałem” został przetłumaczony w chinyanja jako „Mau anasanduka thupi” (J 1,14). W języku polskim oznacza to, że „Słowo zmieniło się w ciało”. Konsekwencje tego tłumaczenia mogą być daleko idące. Odwieczne Słowo przestało być Bogiem w momencie wcielenia, a to oznaczyłoby, że Jezus na ziemi był tylko człowiekiem. Tłumacz pozbawił boskości drugą Osobę w Trójcy Świętej. Takie tłumaczenie może wprowadzać wielu ludzi w błąd, a zwłaszcza tych, którzy nie czytają Biblii w języku angielskim.

Jak wygląda adwent na misjach?
Pewnie różnie. W Lindzie nie było żadnej adwentowej tradycji aż do momentu, kiedy przyjechała do mnie Dominika, wolontariuszka z Gdańska. Po pierwszej mszy świętej adwentowej wpadła do zakrystii i zaskoczona zapytała: „ojcze, dlaczego nie ma u ciebie rorat?”. To samo pytanie postawiłem sobie wiele lat wcześniej. Zrezygnowałem wtedy z wprowadzania adwentowych lampionów w Afryce. Słońce w grudniu wstaje tutaj bardzo wcześnie rano. Na mszę świętą o godzinie 4 rano nie byłoby wielu chętnych. Później robi się już jasno. Przyparty do muru, zostałem jednak nagle oświecony nowym pomysłem.

SONY DSC

SONY DSC

Źródło: O. Jacek Gniadek (www.jacekgniadek.com)

Każdy, kto znajdzie się w afrykańskiej wiosce, z łatwością zauważy, że pierwszą rzeczą, jaką kobiety robią tu rano, jest zamiatanie podwórka wokół domu. Tak było w kongijskiej wiosce, kiedy przyjechałem do Afryki po raz pierwszy prawie 30 lat temu, i tak jest dzisiaj w Lindzie, na obrzeżach Lusaki, stolicy Zambii. W okresie adwentu wsłuchujemy się w czytania, w których św. Jan Chrzciciel nawołuje nas do przygotowania drogi Mesjaszowi. Powtarzałem w myślach jego słowa „Prostujcie drogę Panu” (J 1,23) i zobaczyłem, że nie będzie nic lepszego od obrazu afrykańskiej kobiety zamiatającej podwórko, by opisać atmosferę oczekiwania na przyjście Jezusa w afrykańskim kontekście. Do słów z Ewangelii według św. Jana w języku angielskim i chinyanja Dominika napisała chwyty na gitarę i powstał nowy hymn na wejście. Kobiety z parafialnego zespołu utworzyły chorografię i powstał nowy adwentowy taniec z miotłami. Zwykła miotła z suszonej trawy, która jest trwałym elementem afrykańskiej kultury, stała się symbolem adwentu w Lindzie. Nie ma mnie już w Lindzie. Ciekawy jestem, czy ta tradycja przetrwa.

Źródło: O. Jacek Gniadek (www.jacekgniadek.com)

Afrykańczycy lubią teatr. Są urodzonymi aktorami. Nigdy nie musiałem ich namawiać do przygotowania jasełek. Robili to sami i zaczynali przygotowania już na początku adwentu. Każdego dnia na schodach kościoła po zachodzie słońca robili długie próby.
W Afryce kiedy pytałem np. kto weźmie czytanie, od razu pojawiał się w górze las rąk chętnych do czytania. W Polsce spuszczamy głowy i trudno kogoś zaciągnąć do ambony. Podczas pierwszych jasełek w Lindzie zauważyłem, że kończyły się one hołdem rzech króli. Już podczas pasterki wiedziałem, co zrobimy w następnym roku. Wprowadziłem orszak trzech króli, który przyjął się od razu. Była to dla nich kolejna okazja do przygotowania przedstawienia. Uwielbiają grać. Zgodnie z tradycją król Kacper był z Europy, Melchior z Azji, a Baltazar z Afryki. W Lindzie przeoczyliśmy ten mało istotny szczegół. Kacper i Melchior byli również Afrykanami (śmiech). Przez ulice Lindy co roku przechodził kolorowy pochód z dziećmi ze złotymi koronami na głowach. Złoto pasuje Afrykańczykom. Na czarnej skórze biżuteria znacznie lepiej wygląda niż na białej. Rację ma autor Pieśni nad Pieśniami, kiedy pisze: „czarna jestem, lecz piękna, o córki jerozolimskie”.

Udostępnij Tweetnij Wykop